Trudne początki szkoły

Słyszałem, że przejście z przedszkola do szkoły może być bolesne. Potwierdzam. Dla mnie nawet w dalszym ciągu jest.

Pewnie to trochę „wina” przedszkola. Zbyt dobrego przedszkola. I wyjątkowo dobrej nauczycielki w tym przedszkolu. Poprzeczka została postawiona naprawdę wysoko.

Ale po kolei.

Zetknięcie ze szkołą (dużą szkołą, wg niektórych molochem) kojarzy mi się jednocześnie z moją podstawówką z lat 90. i Urzędem Skarbowym. Taka atmosfera. Takie jest tu podejście do rodzica (petenta) w sekretariacie. W wakacje, nie mogłem uzyskać informacji, kto będzie wychowawcą klasy  – „wiem, ale nie powiem”. Jest też motyw więzienny. Szatnie są umieszczone w piwnicy, za kratami. Kraty mają odgradzać rodziców od dzieci. Przejścia strzeże pani, która interweniuje, gdy rodzic (szczególnie płci męskiej) chce wejść do strefy dzieci. Pierwszy kontakt z panią (wychowawczynią) też nie był wymarzony. Pierwszy dzień roku szkolnego był zapowiedzią ciężkiej pracy i poinformowaniem o mnóstwie panujących zasad. O samych dzieciach za dużo nie było. Komunikacja była tylko w jednym kierunku: pani mówi, rodzice posadzeni na niziutkich krzesełkach słuchają. Teraz przyznaję, że pani nie rzuca słów na wiatr. Jest dużo pracy. Regularnie zadaje do domu. Nie zraża się tym, że Rzecznik Praw Dziecka uważa, że to nie jest najlepszym pomysłem i że wybór sposobu spędzania czasu należy do rodziców. Nie podoba jej się, gdy dzieci „oszukują” i odrabiają zadania od razu na lekcji (patrz na ostanie zdjęcie poniżej). Nie uznaje ta pani (jak i pozostali nauczyciele uczący) ocen opisowych. Stawia oceny z przedziału 1-6. Szkoda. Inna sprawa, że sformułowanie ocena opisowa też mi się nie podoba. Bo to oznacza, że ktoś ma oceniać moje dziecko. A czemu to nie może być informacja zwrotna? Albo opis postępów i trudności? Słowo ocena mi zupełnie nie pasuje. Nie pasuje mi też bardzo rozbudowany system (de)motywacyjny. Za zachowanie dzieci dostają kropki w trzech kolorach: czarnym (źle), zielonym (średnio) i czerwonym (dobrze). Za aktywność dostają patyczki. Jak się dowiedziałem od córki, czarne kropki głównie dostają chłopcy. Ostatnio na przykład za to, że po 45 minutach siedzenia w ławce, biegali po korytarzu. A to wszystko w miejscu, gdzie otyłość jest dosyć powszechnym problemem. Dzieci mają w szkole swobodny dostęp do słodyczy. Przynoszą je z domów. To już decyzja rodziców. Ale chyba nie ułatwiają oni w ten sposób życia swoim dzieciom. Pobudzone cukrem mają problem z wysiedzeniem w ławkach, dostają czarne kropki za bieganie, a potem czeka je zjazd energetyczny i trudność ze skupieniem się. W tym miejscu nie jestem w stanie uciec od porównania z przedszkolem, gdzie nauczycielka sama wprowadziła zakaz przynoszenia słodyczy. A zatem jednak można to zrobić.

A teraz przejdę do tego, jak się z tym wszystkim ma moja córka. W pierwszy dzień szkoły była podekscytowana. Dumnie maszerowała w galowym stroju z rogiem obfitości. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że będzie on jednym z mniejszych. Niektórych dzieci nie widać na zdjęciach, bo tyty (rogi wypełnione słodyczami) mają ponad 120 cm wysokości. Potem już ten sam róg nie wydawał jej się aż tak fajny. Był stanowczo za mały.
W pierwszych dniach z zaciekawieniem patrzyłem na to, jak sama się przygotowuje do szkoły, jak pakuje zeszyty do plecaka, robi sobie śniadanie i radośnie zmierza do klasy z całą grupą. Zupełnie nie zauważała tych krat więziennych. Po kilku dniach zapał jej opadł. Wiedziała już, że nie może sama rozwiązywać zadań w domu. Dopiero, gdy pani pozwoli. Zaczęła przebąkiwać o przeniesieniu jej do innej klasy, do innej pani. Mniej chętnie sięgała po ćwiczenia. Przestała nawet robić to, co zwykle uwielbiała – rysować, malować, uprawiać swobodną i radosną twórczość. Obraziła się na papier i kredki. Całe szczęście, tak było tylko przez chwilę. Teraz znowu papier, kredki, klej i nożyczki są w porządku. I jeszcze wróciła do ćwiczeń z przedszkola. Może je teraz wypełniać po swojemu.
A teraz jeszcze o tym, jak jej jest z tym wszystkim. Wydaje mi się, że radzi sobie w szkole całkiem dobrze. Nauczyła się, że na lekcjach nie może pić i jeść, ale jak zrobi to po kryjomu, to jest to jednak możliwe. Widzę, że ma swoje sposoby na odnalezienie się w nieidealnych warunkach. I póki sama to jest w stanie robić, zadbać o siebie, to nie widzę potrzeby, żeby interweniować.
A to wcale nie jest takie proste. Trudno mi jest oddzielić to, co wymaga interwencji, od tego co jest moim wyobrażeniem czy powrotem do mojej,  nielubianej przeze mnie podstawówki. Przyglądam się temu. I czekam.

A na koniec wklejam trochę treści z zeszytów córki:

IMG_5980
Bardzo dobrze! Zasłużyła na słoneczko!
IMG_5979
Koloruj staranniej!
IMG_5978
Brak zadania domowego!
IMG_5977
Mój faworyt: Zadanie uzupełniamy w domu 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s