Wojtek Kurtyka

To chyba był rok 2011. Pojechałem na Dupę Słonia (to taka skała w Dolinie Będkowskiej, niedaleko Krakowa), żeby się powspinać. Miałem tam coś niedokończonego. Powiesiłem ekspresy. Byłem przygotowany do kolejnej próby. Odpoczywałem. Podszedł do mnie niewysoki, uśmiechnięty, szczupły, dużo starszy ode mnie mężczyzna. Ubrany był na czarno, a wokół szyi miał fantazyjnie zarzucony biały szal. Samo to, że pamiętam jego ubiór i wywołane na mnie wrażenie, świadczy o tym, że mnie to mocno zainteresowało. Wyróżniał się na tle innych wspinaczy – energią, ubiorem i jeszcze czymś więcej. Chyba emanującym spokojem. I jeszcze luzem. Podszedł i zapytał, czy może skorzystać z powieszonych ekspresów i przejść drogę. Pewnie, że może. Tak to przecież zwykle wygląda pod skałą.

I poszedł. Pamiętam, że to było piękne. Bardzo lekko się poruszał. Jak jaszczurka przyklejona do wapiennej ściany. Nie wykonywał żadnego zbędnego ruchu. W każdy chwyt wkładał minimalną, a jednocześnie wystarczającą energię. Jeden z moich kolegów powiedziałby, że płynął w skale. Wtedy nie wiedziałem, kim jest ten wspinacz. Dowiedziałem się później.

To był Wojtek Kurtyka.

Potem jeszcze mi powiedział, żebym użył innego stopnia do kluczowego ruchu. Pomogło. Zrobiłem już szybko drogę z jego radą.

Później czytałem wielokrotnie o Wojtku. Wydał mi się bardzo interesującą postacią świata wspinaczkowego. Zdecydowanie najciekawszą ze wszystkich. Działał z powodzeniem (czyli miał osiągnięcia) na Jurze, w Tatrach, w Alpach i w górach wysokich. Takich jak on było więcej. Voytek (bo to jego pseudonim) wyróżniał się jednak czymś innym. Mam wrażenie, że tam, gdzie inni widzieli drogę do zdobycia, do odhaczenia, do pokonania w wyścigu innych, on widział piękną linię do wytyczenia, miejsce do spotkania z przyrodą, z górą. Nie interesował go nigdy wyścig o czternaście ośmiotysięczników czy coś innego, równie banalnego. I ostatecznie nie mógł się przez to dogadać z Kukuczką, który w Himalajach stracił kilku partnerów i ostatecznie sam zginął.

Alpinizm wymusza postawy egoistyczne. Gdy przeżywamy silny strach i stres, po prostu łatwo o egoizm. Rasowy alpinista jest potępieńcem, skazującym siebie i otoczenie na samotność i ból. A jednak kontakt z górami poprzez wspinanie silnie nawiązuje do uczucia miłości.

Wojtek Kurtyka

Niespecjalnie bliskie jest mi podejmowane przez niego ryzyko. Oglądałem kiedyś z dołu Chińskiego Maharadżę (to trudna droga wspinaczkowa w podkrakowskiej Dolinie Bolechowickiej) i już wtedy odczuwałem niepokój na myśl o jej przejściu, o niepewnych ruchach na małych chwytach i śliskich stopniach. Droga ta zawsze była dla mnie za trudna (wg wyceny trudności) i dlatego nigdy się z nią nawet nie próbowałem zmierzyć. Sama myśl o 25 metrach trudnej wspinaczki budziła w moim ciele lęk. A on to przeszedł. Bez asekuracji. I to wcale nie była bardzo łatwa dla niego droga. Najtrudniejsza z dróg pokonanych przez Wojtka jest zaledwie o niecały stopień trudniejsza od Chińskiego Maharadży. To jest dla mnie niepotrzebne ryzyko czterdziestosześcioletniego faceta, ojca dwójki dzieci. A sam bohater tego przejścia twierdzi, że to co robił w Himalajach było o wiele bardziej ryzykowne.

Odfajkowywanie szczytów, nawet ośmiotysięcznych, jest po prostu jeszcze jednym rodzajem obłąkanej konsumpcji.

Wojtek Kurtyka

Tym jednak, co najbardziej mnie ujmuje u Wojtka, jest jego racjonalne (w miarę, jak na himalaistę) podejście do życia. Potrafi się przyznać do strachu. Potrafi się wycofać ze zdobycia szczytu (Gaszerbrum IV) po pokonaniu głównych trudności, relatywnie blisko szczytu. Co ciekawe samo przejście tych trudności (Świetlistej Ściany) magazyn „Climbing” uznał za największe osiągnięcie himalaizmu w XX wieku.

Wojtek uważa rywalizację za coś odstręczającego, przynajmniej w kontekście górskiej wspinaczki. Uparcie twierdzi, że jeśli musisz wciąż udowadniać, że jesteś najlepszy, tym samym jesteś stracony dla rodzaju ludzkiego.

„Kurtyka. Sztuka wolności” B. McDonald

I przede wszystkim – nie zginął. On ciągle żyje! Bo nie jest dla mnie żadnym osiągnięciem bohatersko zginąć. Jest dla mnie osiągnięciem żyć. Wojtek żyje w interesujący dla mnie sposób. Oprócz gór i wspinaczki jest zainteresowany własną duchowością. Spędza dużo czasu w swoim ogrodzie, ceni kontakt z przyrodą. Jest na tyle skontaktowany z własnym ciałem, że potrafi dopasowywać do niego obciążenia i cele. Właśnie dlatego już nie atakuje szczytów ośmiotysięczników.

I to właśnie takie postawy są według mnie warte propagowania. Bo to przecież życie jest największą wartością.

Jakiś czas temu pisałem o mądrych mężczyznach. Nie miałem okazji dobrze poznać Wojtka, ale po tym, co zobaczyłem i przeczytałem wyobrażam sobie, że jest on właśnie mądrym mężczyzną.

PS
Wszystkim zainteresowanym Wojtkiem Kurtyką polecam książkę, którą właśnie przeczytałem – „Kurtyka. Sztuka wolności” autorstwa Bernadette McDonald.

Jedna myśl na temat “Wojtek Kurtyka

  1. Dobrze mi się to czytało Mariuszu. Tak treść jak i styl. Bardzo podobnie aktualnie myślę i czuję, choćby w kontekście Nanga Parbat. Jakoś akurat wróciłem też po raz enty do Komina Pokutników Długosza i Czterech Dni Słońca Skoczylasa. I przyznam że „sztuka cierpienia” którą jest himalaizm ale i czasem taternictwo staje się dla mnie coraz bardziej podejrzaną doktryną.. Używania ciała, nadużywania go dla pewnych chorych potrzeb, a raczej zachcianek umysłu, ego, samooceny.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s