Rodzące się ojcostwo

Trochę już czasu upłynęło od pierwszej ciąży i porodu pierwszego dziecka. Nie wszystko pamiętam. Podzielę się tym, co mi zostało w głowie.

Odkąd pamiętam zawsze chciałem mieć dziecko. Co więcej, to nawet nie miało być jedno, ale trójka.

I zaczęło się. Moja żona była w ciąży. Przeczytałem, że dobrze jest rozmawiać z dzieckiem już w życiu płodowym. I tak robiłem. Trochę to było dla mnie dziwne, sztuczne, ale skoro bardziej doświadczeni ode mnie mówią, że warto, to tak właśnie robiłem.

Pamiętam, że w moim oczekiwaniu sporo było radości. Był też lęk. Bałem się chorób, wcześniactwa. Bałem się tego, na co nie miałem wpływu.

Pamiętam, że odczułem presję społeczną na moją obecność przy porodzie. Moja wizja była wówczas inna – kobiety załatwiają kobiece sprawy w kobiecym gronie, a ja w tym czasie palę cygaro i popijam whisky w męskim gronie.

Wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. Do szpitala pojechaliśmy wieczorem i po trzech godzinach urodziła się moja pierwsza córka. Pamiętam moje ogromne wzruszenie i łzy szczęścia, gdy ją zobaczyłem. Tam była też duma. Od tego momentu mogłem się nazywać tatą.

Ostatecznie jednak byłem przy całym porodzie. I całkiem się przydałem. Zaufałem położnej i byłem jej pomocnikiem. Zadbałem o rodzącą. Nie czułem strachu w tamtym momencie i w związku z tym nie obdzielałem nim nikogo. Uważam jednak, że warto przemyśleć, czy chce się w tym uczestniczyć. Warto być przy porodzie, jeśli się tego chce, a nie dlatego, że jestem złym ojcem / partnerem, jeśli tego nie zrobię.

Przeczytałem jedną czy dwie książki o rodzicielstwie przed pojawieniem się dziecka, ale i tak byłem w tym temacie zielony. Coś tam niby wiedziałem. Uczestniczyłem przecież w zajęciach szkoły rodzenia. Tam się dowiedziałem, jak założyć pieluchę, jak trzymać dziecko, jak je wykąpać. Nie dowiedziałem się natomiast nic o tym, co jest naprawdę ważne – jak ważna jest bliskość, obecność, że dziecko to człowiek, któremu potrzebny jest szacunek, jak ważne jest przytulanie, kontakt fizyczny.

Pamiętam dobrze jedną scenę z tamtego czasu. Trzymam w szpitalu na rękach moją córkę i wchodzi do sali pani sprzątająca i mówi, żebym tak nie robił, bo przyzwyczaję dziecko do noszenia i sam będę żałował. I tak zrobiłem. Odłożyłem ją, bo przecież nie chciałem popełnić błędu wychowawczego pierwszego dnia. Z braku dobrej wiedzy byłem nieodporny na cudze rady, które z mojego dzisiejszego punktu widzenia, były mocno nietrafione. Gdy próbowałem uspokoić córkę bujaniem i nie wychodziło mi przez kilka czy kilkanaście minut, to odpuszczałem i oddawałem ją żonie. Takie miałem w sobie przekonanie, że kobieta lepiej się zajmie takim dzidziusiem. Teraz robi mi się smutno, jak o tym myślę, ale ten mały dzidziuś przez kilka pierwszych miesięcy spał sam w swoim łóżeczku, w swoim pokoju.

I przez kilka miesięcy tak funkcjonowałem. Czegoś jednak ciągle szukałem i przez to czytałem różne książki. I znalazłem coś, co mnie przekonało. Było to rodzicielstwo bliskości. Zanim jednak mnie przekonało, bardzo mnie oburzyło. Przecież to bezstresowe wychowanie! Po takim czymś wyrastają roszczeniowe bachory. Im głębiej wchodziłem w temat, tym bardziej się przekonywałem, że coś dobrego w tym jest. Mam wrażenie, że m. in. dzięki temu łatwiej mi się cieszyć aktualnym kontaktem (tu i teraz), niż wybiegać w myślami w przyszłość, snuć wizje tego, co będę mógł zrobić ze starszym dzieckiem, np. co będzie, jak zacznie chodzić, jak zacznie mówić, jak pójdzie do szkoły.

Teraz mam taką myśl, że wiem, czego mi zabrakło w rodzącym się ojcostwie. Zabrakło mi wzorca. Zabrakło mi innego mądrego ojca, z którego mógłbym czerpać.

Dwa lata później rodziło mi się drugie dziecko. Wtedy już chciałem być przy porodzie. Za drugim razem przeżywałem moje rodzicielstwo inaczej. To była zupełnie inna jakość, inny poziom świadomości. Byłem bardziej wyczulony na drobiazgi, rozkoszowałem się nimi. Wiedziałem co się dzieje i bardzo mi to służyło. Skorzystałem z moich doświadczeń.

Pamiętam, że pojawienie się nowego członka rodziny wiązało się także z moją przejściową samotnością. Czułem się odrzucony, zepchnięty na dalszą pozycję w tej zmienionej właśnie rodzinie. Już nie było tak jak wcześniej. Wtedy sobie myślałem, że to nawet nie jest takie dziwne, że wiele związków się rozpada po urodzeniu się dziecka. To czas próby. I w takim czasie też warto mieć kogoś mądrego obok siebie, kto podzieli się swoimi doświadczeniami. Mnie kogoś takiego zabrakło.

W moim przypadku stawanie się ojcem to był i ciągle jest proces. Rozpoczął on się na długo przed pierwszą ciążą i nigdy się pewnie nie skończy. Jestem dzisiaj innym człowiekiem niż wczoraj i przez to także moje ojcostwo się zmienia. Akceptuję to i przyznam, że nawet bardzo mnie to ciekawi, co będzie za jakiś czas.

liane-metzler-30296.jpg
Lian Metzler, Unsplash

3 myśli na temat “Rodzące się ojcostwo

  1. Bardzo szczery tekst. Jakoś przyzwyczailiśmy się do kobiecych „grupek wsparcia”: sióstr, mam, przyjaciółek, kiedy pojawia się dziecko. Tymczasem niejednemu mężczyźnie brakuje takie wsparcia męskiego – kogoś, kto przechodziłby przez to samo i odczuwałby podobnie.

    Polubione przez 2 ludzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s